

W tym roku po raz kolejny wybieramy się w rejs Trendem 27 w górę Narwii i Pisy. Naszym celem są Wielkie Jeziora Mazurskie. Rejs rozpoczynamy w niedzielę, 27.06.2009r. W miarę możliwości (i zasięgu) będziemy "na żywo" aktualizować relację z przebiegu naszej podróży i informować o planowanych miejscach postoju. Zachęcamy Państwa do śledzenia naszej wędrówki i mamy nadzieję, że w przyszłości spotkamy się na szlaku.
Z pozdrowieniami załoga s/y ORSUS
No i wyruszamy...
W tym roku wybieramy się w rejs załogą 4 osobową. Stan wód jest ogólnie wysoki i mamy nadzieję, że nie będziemy mieć większych problemów z pokonywaniem płycizn. Prognoza pogody na najbliższe dni jest niekorzytna: deszcz i burze.
Rejs rozpoczynamy w Pilawie o godzinie 10.00. Do 11.00 Jestesmy juz spakowani i napełnieni wodą. Żegnamy się i wypływamy.
Pierwszy, szybki postój robimy na20:11 2009-07-02 tankowanie w Serocku.

Powoli zaczynamy kierować się na Narew. Rejs przebiega bardzo spokojnie. W międzyczasie troszke sobie pitrasimy i wychodzi z tego całkiem dobry obiad.
O 15.30 mijamy plażę w Pułtusku oblężoną przez ludzi z racji pięknej pogody. Na wieczór wiatr ustaje kompletnie, świeci piękne popołudniowe słońce a tafla rzeki przypomina lustro.

O godzinie 20.30 mijamy setny kilometr Narwii i niedługo później stajemy na biwaku.
Dzień wita nas pięknym porankiem i cichym odgłosem pracy silnika: kapitan o godzinie 7.00 odcumował i zaczął kolejny etap rejsu. Reszta załogi zerwała się dopiero o 9.00 na poranną toaletę i śniadanko.
O 10.00 minęliśmy Różan, przed obiadem o 14.15 wpłynęliśmy do Ostrołęki. Jednym słowem idziemy jak burza: żadnych niespodzianek płytkowodnych (jak to było w zeszłym roku). O godzinie 19.00 wpływamy do Nowogrodu, czyli jesteśmy na 181 kilometrze Narwii. Zza mostku wyłania nam się powoli Skansen i wejście na Pisę.

Niestety kręta Pisa nie dała nam szybko znaleźć biwaku i zatrzymaliśmy się dopiero około 21.00.
Kolejny dzień rozpoczęty przez Kapitana szybkim odcumowaniem i wyruszeniem bez budzenia załogi. Załoga zostaje obudzona ok. 9.00 , śniadanie, standardowo podczas płynięcia a potem... Opalanie, bo pogoda UPALNA! (Oczywiście wbrew prognozom pogodowym). Do Pisza dotarliśmy ciut przed 17.00 a wcześniej mijamy 5 miejscowości. Po drodze nie mamy żadnych przygód z podwodnymi przygodami - stan wody na Pisie również jest bardzo wysoki.
Pisz przywitał nas deszczowo, trochę się schłodziło, ale wyszło to wszystkim na dobre. Po sytym obiedzie była jak najbardziej sjesta... A wracając do Pisza odbyliśmy w nim krótki spacer po małe zakupy.
Deszcz się uspokoił, przed 19-stą wpłynęliśmy na Roś. Z racji późnej już pory i pochmurnego nieba na jeziorze byliśmy sami jak okiem sięgnąć. Piękny, mazurski odprężający widok i miła odmiana po trzech dniach płynięcia w górę rzek.
Biwak na Rosiu był tym ciekawszy, że szła do nas burza... i nie mogła dojść. Ok. 20.00 deszczu nie było, ale obserwować można było błyskawice. Wyładowania atmosferyczne były wyjątkowo ciekawym widokiem kończącego się dnia.

Dzisiaj pobudka była nieco późniejsza, bo dopiero ok godziny 9.00. Śniadanie dla odmiany już nie w czasie pływania, tylko klasycznie, w szuwarach. Potem mycie łódki i ruszamy na wodę podziwiając rozmiary i widoki, tego nie do końca docenionego jeziora, czyli Rosia. Wielkie, piękne i mimo pięknej słonecznej pogody nie zapchane jachtami. Jedynie kilka żaglówek w oddali i my.
O 12.10 Wpłynęliśmy w Kanał Jegliński, potem prześluzowaliśmy się na śluzie Karwik i wpływamy na Seksty. Następnie przeprawiamy się na Śniardwy, a potem zawinęliśmy do portu w Mikołajkach. Szybki obiadek, lody na deser, no i wreszcie udało nam się kupić moskitierę (hura!), bo zeszłoroczna jakoś się nam zapodziała...
O 17.00 uciekamy w krzaki - Mikołajki to niestety nie jest zbyt przyjemny port do nocowania. Szybka decyzja i postanawiamy zanocować na Bełdanach.

Rejsu ciąg dalszy... Wstaliśmy, zjedliśmy i popłynęliśmy w stronę Giżycka. Ok. 12.00 wpłynęliśmy do kanałów, narstępnie znaleźliśmy się na jeziorze Jagodne. Niezwykłą zaletą uprawiania tego typu turystyki jest fakt, że nie trzeba składać masztu...
Następnie wpływamy na Niegocin przy prawie bezchmurnej pogodzie. Już czekało na nas Giżycko, a w nim wiele atrakcji jak np. wakacyjny TVN-owski Projekt Plaża. Niebieskie, tvn-owskie duże balony i równie wielkie zielone balonowe puszki Lecha tworzyły klimat tętniącego życiem wakacyjnego miasteczka.
Zatrzymujemy się w porcie LOK-u. Robimy zakupy i ogólnie zwiedzamy...

W tym miejscu musimy się niestety wytłumaczyć... Ponieważ relacja "na żywo" będzie realizowana od dzisiejszego dnia. Niestety technika jest rzeczą złośliwą i jej niedocięgnięcia (zakup odpowiedniej ładowarki) udało nam się niestety nadrobić dopiero w Giżycku.
Jutro mamy w planie pobyt w Sztynorcie... Do zobaczenia!
Piątek rozpoczynamy porannym startem Kapitana. I to nawet bez śniadania... Ale cóź, wszystko jest do nadrobienia. Ok. 10.00 stajemy na krótki, śniadaniowy postój. Dziewczyny się kąpią w porannym słońcu. Następnie zjadamy śniadanie i udajemy się do obiecanego Sztynortu.
W Sztynorcie wita nas piekielny upał i pustki w porcie...

Jakoś w tym sezonie ludzi na Mazurach nie jest dużo, co nas bardzo cieszy. Podchodzimy do wcześniej wybranego miejsca, cumujemy i wybieramy się "na miasto". A cóż na mieście? Zakupy, niesprawna kasa, wyrzucenie śmieci i oczywiście obowiązkowe schłodzenie się lodami. Troszkę stacjonujemy w porcie, ale perspektywa kąpieli na Mamrach jest za silna.
Wypływamy i kierujemy się na Mamry. Upał na zewnątrz jest niemiłosierny. W środku, przy włączonym wymienniku ciepła jest jeszcze nieźle, ale i tak czystość wody poniżej jest porażająca... Cóż z tym zrobić? Oczywiście trzeba się wykąpać.

Skoki do wody są wspaniałe. Najlepsze są oczywiście z dachu: to 2 m wyskości... Jest cudownie: to chyba najlepszy sposób na schłodzenie się. Po sutej kąpieli udajemy się na zwiedzanie jeziora Przystań. Opływamy je na około i ostatecznie cumujemy na jeziorze Przystań. Godzina jest już późnawa, bo to już 17.30, a nam potrzebny jest chleb. W sklepiku nad kanałem chlebka o tej porze już nie ma, ale dzięki życzliwości Pana Sklepowego dostajemy rower i instrukcje jak dojechać do miejscowości, w której chleb będzie na pewno. Po 3 kilometrowej podróży okazuje się, że chleb jest: to dobra wiadomość, bo oznacza to, że ognisko będzie dziś udane...
Jutro planujemmy wypad do Węgorzewa... a tam oczywiście Półmisek Wilków Morskich w Kei, czyli obiadu jutro nie gotujemy...
Po wczorajszym, spędzonym w miłym tarnowskim towarzystwie, ognisku wstawało nam się bardzo ciężko. No, może z wyjątkiem kapitana, który tryskał energią już od 9.00. Ale o 10.00 nawet reszta załogi wstała zanęcona zapachami śniadania.
Po sutym jedzonku powoli przygotowaliśmy się do wyjścia, pożegnaliśmy sympatycznego przystaniowego p. Edwarda i wypłyneliśmy. Pogoda dzisiaj była raczej mało zachęcająca: deszcz w kratkę z zachmurzeniem. Trasa z jeziora Przystań do Węgorzewa nie jest jednak długa i już o 12.00 zameldowaliśmy się w bosmanacie portu Keja w Węgorzewie.

Dzisiaj w porcie zmiana turnusu, czyli prawdziwe zamieszanie: na kejach pełno bagaży, ogólne zamieszanie, kupa ludzi i zaskakująco-spektakularne manewry niewprawionych, świeźych załóg. Ale przynajmniej było wesoło.
W międzyczasie wybraliśmy się na wycieczkę na Węgorzewski rynek na poszukiwanie sobotnich atrakcji kulturalnych. Trafiliśmy na IV Festiwal Kultury Łowieckiej, występy szantowego zespołu Latający Holender, ale znacznie ciekawsze były pokazy z okazji 30-lecia produkcji terenowej wersji Mercedesa, gdzie swoje możliwości prezentowali kierowcy off-roadowi.

Na obrzeżach rynku można było skosztować i zakupić wyroby kuchni regionalnej i również z tej okazji skorzystaliśmy. Następnie głodni udaliśmy się na obiad do tawerny na kultywowany przez nas od lat półmisek wilków morskich... Było jak zwykle przepysznie. Godzina zbliża się już w sumie wieczorowa, na portowej scenie zapowiada się koncert, więc dzisiaj zapada decyzja o nocy spędzanej w porcie.
Jutro, po zapewne późnym poranku zaczniemy powoli spływać w dół szlaku Wielkich Jezior. Być może zahaczymy o Ogonki, ale to tylko przejazdem... Do zobaczenia na Szlaku!
Relacja wczorajszego dnia zakończyła się dość wcześnie z racji przygotowań załogi i kapitana na wieczorne "Keja Party". Impreza okazała się całkiem udana. Rozpoczęła się od występów zespołu pieśni i tańca z Zaolzia

Następnie przeniosła się do Tawerny, gdzie wykonywane były utwory, których forma prezentacji była nieco bardziej współczesna... Zabawa trwała do samego rana... Nic jednak nie przebije kondycji Kapitana, który uczestniczył w porannej Mszy Świętej o godzinie 8.30 w pobliskim kościele. Reszta załogi nie podzieliła jednak jego zapału i udała sie na mszę w późniejszych godzinach...

Następnie zjedliśmy pyszne, późniejsze nieco śniadanko ze świeżych bułeczek oraz wędzonych rybek, w tym cudownych sielawek.
Z portu wypływamy niezbyt wcześnie: dopiero o 13.00 i kierujemy się na Święcajty, a tam celebrujemy coroczną, świecką tradycję spożywania lodów w Ogonkach.

Po udanym lodobraniu odpływamy na Kocią Wyspę w celu relaksacyjnego spędzenia dalszej części niedzieli. Z racji posiadania dużej ilości czasu realizujemy się kulinarnie, a wiatr mimo zbliżania się godzin wieczornych wcale nie słabnie. Być może szykuje się nam zmiana pogody...
Jutro nasze kroki kierujemy w stronę Giżycka... Do zobaczenia!
Poranki, poranki... Dzisiejszy poranek również należy do tych bardziej standardowych. Kapitan zerwał swoją załogę, po czym zrobiliśmy pyszne śniadanko, czyli jajeczniczke na boczuszku. Powoli zebraliśmy się do wypłynięcia. Nasza wędrówka upływała w zróźnicowanej pogodzie: trochę słońca, trochę deszczu.

Czas poświęciliśmy dzisiaj na sprzątanie, i ogólny porządek, oraz mycie jachtu. Potem troszke odpoczynku, przed wejściem do Giżycka.
Tym razem Giżycko pokonujemy kanałem "śródmiejskim" i oczywiście trafiamy na zamkniety mostek.

Kolejka jest spora, więc dziewczyny idą na zakupy. Część męska przepływa w końcu pod mostem i zawija do portu. W Giżycku pogoda w końcu się klaruje: zaczyna padać, więc zjadamy tylko obiad i lecimy dalej. Kilometry szybko nam mijają i wieczorem biwakujemy na Jagodnym. Po dzisiejszym porannym śniadanku, porannej toalecie i wyszorowaniu burt okrętu naszego przewspaniałego zabraliśmy się do pokonywania następnej porcji mazurskich kilometrów. Pogoda z rana była słoneczna. Wejście w kanały przywitało nas słońcem Pokonywanie kanałów poszło nam bardzo sprawnie. Po wpłynięciu na Tałty skierowaliśmy się w stronę Rynu, czyli jednego z bardziej omijanych miast na szlaku Wielkich Jezior. Należy tutaj nadmienić, że od kilku lat całkiem prężnie się rozwijające. Do Rynu dopłynęliśmy ok. godziny 15.00, zrobiliśmy szybkie zakupy i zabraliśmy się do zwiedzania. Dziewczęta wymoczyły sobie nogi w "ołowiu", czyli popluskały w pobliskim jeziorze, które poraża swą czystością Następnie swe kroki skierowaliśmy do knajpy, gdzie uraczyliśmy się pysznym obiadkiem. Kapitanowi humor dopisywał setny i nawet miał fantazję pozować do zdjęcia, co oczywiście zostało w naszej relacji udokumentowane. Nasz obiad bardzo dobrze zgrał się w czasie z burzą: udało nam się ją przeczekać w miłych warunkach. Kapitan chcąc zrobić zdjęcie swej jednostki niestety przypłacił to drobną kontuzją. Mokra trawa, klapki i nierówności terenu doprowadziły do niezbyt fortunnego telemarku, czego skutkiem jest nadwyrężona noga. Dzielna załoga jednak Kapitana opatrzyła, na wieczór rosołek ugotowała,no i oczywiście zamieściła zdjęcie, które zostało zrobione z tak ogromnym poświęceniem W wirze dzisiejszych przygód, różnych i różnistych, nie zdążyliśmy dopłynąć do Mikołajek, ale jak to mówi przysłowie: co się odwlecze, to nie uciecze i atak na Mikołajki przeprowadzony zostanie dnia jutrzejszego... Do zobaczenia! Dzisiejszy poranek był nietypowy: deszcz i burza rozleniwiły załogę do poziomu prawie niemożliwego do opanowania przez Kapitana. Pobudka odbyła się dopiero o godzinie 10.00. Śniadanie przy akompaniamencie grzmotów i padającego deszczu było niezwykle smaczne. Wyruszamy o godzinie 11.30 i w strugach deszczu udajemy się do Mikołajek. Mikołajki witają nas sporym wiatrem, i oczywiście nietrzymającą kotwicą w porcie miejskim. Niestety dopychający wiatr i wyżej wymienione czynniki spowodowały, że musieliśmy zmienić miejsce naszego stacjonowania. Popłynęliśmy więc w pobliże Cichej Zatoki, gdzie znaleźliśmy miłe, zawietrzne miejsce na dziko. Udaliśmy się do miasta po sprawunki, tudzież inne atrakcje. Niesprzyjająca aura dnia dzisiejszego nie zachędziła nas do pieszych wycieczek. Był to znak, że Królowi Sielaw w tym roku należy pomachać na pożegnanie... Kierujemy się w stronę Rucianego, oczywiście w potokach lejącego się z nieba deszczu... Dobrze, że przynajmniej pod wieczór pogoda się poprawia. Stajemy na dzikim, urokliwym biwaczku i zabieramy się do pitraszenia. Jutro skierujemy się na śluzę Guzianka i na Ruciane-Nida. Do zobaczenia! Poranna sjesta, śniadanie i toaleta, o dziwo, znowu nam się opóźniła. I na dodatek okazało się, że chlebek skończył nam się wczoraj. Ale nic to, od czego jest mleczko z płateczkami. W końcu wystartowaliśmy, ale godzina nie była już zbyt wczesna. Na śluzę dotarliśmy dopiero o godzinie 12.00. Hmmm... cóż tu dużo mówić, południe to godzina niezbyt odpowiednia do pokonywania śluzy, ponieważ po pierwsze tłok jest niemożliwy, a po drugie statki pasażerskie Żeglugi Mazurskiej mają pierwszeństwo. Prześluzowanie się zajęło nam, bagatela, dwie godzinki... Ale nie ma to jak spędzać czas w miłym towarzystwie: Kapitan zapoznał ciekawych ludzi zza zachodniej granicy (pozdrawiamy załogę s/y Gumuś). W końcu udało nam się! Do Rucianego-Nidy docieramy całkiem głodni. W mieście robimy szybkie zakupy i udajemy się na najbardziej urokliwe spośród Mazurskich Jezior, czyli Nidzkie. Szkoda, że jako jacht motorowy nie możemy wpływać w strefy ciszy... Trudno, nawet w strefie dozwolonej dla wszystkich jest kilka ciekawych biwaczków. Czas na kąpiel... ...oraz oczywiście jagodobranie. Jagód jest w bród, ale przeznaczymy je na jutrzejszy dzień, bo w planach mamy naleśniczki. Dzisiaj kuchnia, a raczej Kapitan, serwuje kurczaka w potrawce. Zapachy już się roznoszą po kuchni i całym jachcie, i tym optymistyczym akcentem kończymy dzisiejszą relację. Dzisiejszy dzień obfitował w atrakcje. Rozpoczął się od całkiem wczesnego poranka i startu bez śniadania. Korzystając z wczesnej godziny powracamy na śluzę Guzianka. O tej porze nie ma tłoku, co nas bardzo cieszy, bo tym razem schodzimy z góry na dół. Dzisiaj śluzę pokonujemy w pół godzinki. Po przeprawie na chwilę zatrzymujemy się w sklepie, robimy sprawunki, po czym odpływamy. Świeże bułeczki są pyszne co potwierdza Kapitan jak i załoga. Śniadanko zjadamy w locie. Na Bełdanach mijamy koniki z doświadczalnej hodowli, które swawolą sobie wesoło w lesie. W tym roku jedynie machamy im z pokładu... Śniardwy żegnają nas deszczem i wiatrem, który momentami dochodzi do 4 w skali Bouforte`a. Śluzę Karwik pokonujemy bez problemu, podobnie zresztą jak i kanał Jegliński. Na Rosiu spostrzegamy znajomy jacht - "Wyczyn Tatusia" wraz z zawsze wspaniałą załogą. Nie może, oczywiście, obejść się bez kurtuazyjnego spotkania i herbatki. Posiedzenie przeciąga się do 16.00. Niestety przed nami jeszcze dalsza podróż: dzisiaj musimy zejść jak najniżej na Pisę. Żegnamy się i o godzinie 17.00 wchodzimy na Pisę. Wielkie Jeziora Mazurskie żegnają nas tak, jak i powitały, czyli deszczem... w tym roku Pisa jest wyjątkowo wysoka, chociaż nie rozlewa się jeszcze po okolicznych łąkach. Warunki do spływania w dół są rewelacyjne, no może poza padającym deszczem. Nie może obyć się jednak bez przygód: po drodze trafiamy na niedawno przewróconą brzozę, która tarasuje rzekę. Dzięki życzliwości (i konieczności) przepływających wcześniej ludzi udaje nam się przejść: kawał brzozy został porąbany i jakoś udaje nam się przemknąć dalej. Dzisiejszego dnia schodzimy około 20 km w dół Pisy. Po drodze mijamy 3 jachty, wszystkie żaglowe, co wskazuje na fakt, że podróże na Mazury drogą wodną nie są tak rzadkie, jak to niektórzy sądzą. Być może coraz bardziej popularne będą wyprawy skupiające się głownie na podróżach rzecznych, z czego bylibyśmy bardzo radzi.
Bladym świtem wyruszamy na dalsze pokonywanie meandrów Pisy- no... może blady świt lekko naciągany, bo wystartowaliśmy o godzinie 8.00. A na Pisie...hmmm...cóż innego: zakręty, krowy, pola, zakręty, mostów jak na lekarstwo, trzciny, zakręty... ale również płynące w górę jachty i inne środki wodnej lokomocji... Dokładnie o godzinie 13.58 naszym oczom ukazują się wspaniałe i jakże okazałe zabudowania skansenu w Nowogrodzie... Wpływamy na Narew i dodajemy gazu: Narew jest jak autostrada... Schodzimy aż na 107 kilometr, ale zbliżający się zmierzch zmusza nas do zawinięcia na biwak. Gdyby nie fakt, iż nie rozróżniamy kolorów tyczek kursowych, to pewnie płynęlibyśmy dalej. Jednak w końcu się zatrzymujemy. Miejscówka jest piękna, choć gdyby nie moskitiery, w nocy byłoby ciężko... No i niestety chwila ta nastała... Dzisiaj ostatnia, czyli zielona noc rejsu. Pasty do zębów tajemniczym sposobem znikły z łazienki... A Kapitan, jako jedyny posiadający klamkę w swojej kajucie już szykuje szmatkę do porannego jej pucowania... Jutrzejszego dnia zjawimy się już zapewne w naszym macierzystym porcie, czyli w Porcie Pilawa na Zalewie Zegrzyńskim. Do zobaczenia! Ostatni poranek przebiegł nam bardzo sprawnie: szybka toaleta i odpływamy. Śniadanie obyło się w biegu. Ostatni etap podrózy minął nam spokojnie i bezpiecznie. W Porcie Pilawa zjawiliśmy się o godzinie 16.15. Powitaniom nie było końca... Po rejsie nadszedł czas na podsumowania oraz odrobinę refleksji. Podczas całego rejsu wypływaliśmy 80 motogodzin. 30 godzin zajęła nam podróż w górę obudwu rzek (trzy dni), natomiast w dół około 20 godzin (dwa i pół dnia). Woda w tym roku nam bardzo sprzyjała, ponieważ była wysoka i po drodze nie doświadczyliśmy żadnych "przepychanek" po przemiałach.
7 lipca 2009 (wtorek) - Jagodne, Kanały, Ryńskie, Tałty




8 lipca 2009 (środa) - Tałty, Mikołajki, Bełdany

9 lipca 2009 (czwartek) - Bełdany, Ruciane-Nida, Nidzkie


Jutrzejszego dnia powracamy do miejsca startu naszej Mazurskiej przygody, czyli na jezioro Roś, ponieważ w sobotę rano rozpoczniemy powrotną podróż do Warszawy... Do zobaczenia!
10 lipca 2009 (piątek) - Nidzkie, Bełdany, Śniardwy, Seksty, Roś, Pisa



Plan podróży został, jednym słowem, zrealizowany. Jutrzejszego dnia mamy w planie pokonanie do końca Pisy oraz zejście jak najniżej Narwią. Do zobaczenia!
11 lipca 2009 (sobota) - Pisa, Narew


12 lipca 2009 (niedziela) - Narew, Zalew Zegrzyński

W tym roku po raz pierwszy odbyliśmy Trendem podróż w dół Pisy i Narwii. Jacht sprawdził się wyśmienicie. Co do samego jachtu to również okazał się niezawodny i wbrew opinii wielu sceptycznie patrzących na sprawę osób, sterowanie wewnątrz to kapitalna sprawa. W gorące dni izolacja termiczna, dodatkowe luki w bocznych oknach i wymiennik ciepła radziły sobie idealnie, natomiast w dni deszczowe, no cóż... Ciepło, bezwietrznie, komfortowo... Po prostu jak w domu.
Małe znurzenie znowu dowiodło swojej słuszności jeśli chodzi o pływanie po Mazurach, a szczególnie o biwakowanie: za każdym razem schodziliśmy na ląd suchą nogą i to niekoniecznie w portach. Jeśli chodzi o porty to zwiedziliśmy oczywiście wszystkie najważniejsze na Mazurach...
Podobnie jak w zeszłym roku nikt z załogi nie odnotował spadku wagi ciała: kuchnia pracowała pełną parą a dania serwowane w tym roku przez jachtowy kambuz momentami ocierały się o lekką dekadencję (schabowe z zasmażaną kapustą).
Cały rejs upłynął pod znakiem dużego komfortu i bezpieczeństwa: nie było w zasadzie warunków, które przeszkodziłyby nam w dalszym pokonywaniu zaplanowanej trasy.
No coż, tyle z krótkiego podsumowania. Cała załoga, oraz oczywiście Kapitan, bawili się świetnie, mimo, iż w gronie nie za dużym (4 osoby). Mamy nadzieję, że tego typu tursytyka będzie się rozwijała coraz prężniej i coraz więcej nowych znajomych pojawiało będzie się na pokonanym przez nas szlaku. Do zobaczenia!