mapa trasy

Cała załoga w komplecie

Spychanie jachtu z mielizny

Meandry, meandry, meandry...

Poranek na Narwi

Opis trasy: szlak żeglowny łączący Zalew Zegrzyński z Wielkim Pojezierzem
Mazurskim.
Długość trasy: ~ 200 km.
Załoga: 6 osób.
Czas trwania rejsu: 5 dni.

Rejs rozpoczynamy z nadzieją na wielką przygodę. Nasza załoga, składająca
się w większości z ludzi młodych nigdy nie doświadczyła jeszcze rejsu po rzekach. Transportowanie jachtów na Mazury drogą wodną, tak powszechne w latach królowania na polskim rynku Pewexu i wódki z czerwoną kartką, zanikło lub występuje w postaci bardzo mizernej. Martwi nas trochę niski stan wody.

Spotykamy się wcześnie rano w Porcie Pilawa. Ładujemy na pokład wszystkie bagaże, potem już tyko pożegnanie z bliskimi i płyniemy. W Jadwisinie dołącza się do nas drugi jacht: żaglowy. Bierzemy go więc na hol i w takim zestawie rozpoczynamy podróż. Tankujemy się w Serocku i z pełnym bakiem płyniemy dalej. W międzyczasie się rozpakowywujemy. Początkowo obawialiśmy się o holowany jacht, tzn. czy nie będzie nas za bardzo spowalniał. Ale wszystko jest w porządku. Narew w górnym biegu jest szeroka i głęboka. Na zewnątrz przez większość czasu pada, a co najmniej mży. Gotujemy więc sobie obiad: nikt nie ma ochoty wychodzić na zewnątrz, a załoga holowana wciąż zmienia sternika: pływanie w deszczu to nic przyjemnego. W spokojnej atmosferze dopływamy do Gnojna i je mijamy. W tym miejsu rozpoczyna się się przygoda. Docieramy do pierwszego przemiału. Stajemy w miejscu i rozdzielamy jachty. Sąsiedzi nie mają problemu: płyną Makiem 747 i 30 cm głębokości nie jest dla nich problemem. My mamy 40 cm zanurzenia. Niby 10 cm róznicy to niewiele, ale jednak... Ustawiamy się bokiem do prądu, i powoli spływamy na głębszą wodę. Na pierwszym rejsie nie mamy ze sobą echosondy więc rozwiązujemy to sposobem bardziej konwencjonalnym: jeden z członków załogi cały czas sonduje dno bosakiem i udaje nam się pokonać jeszcze spory kawałek trasy. W końcu o 18.00 poddajemy się: przemiał wydaje się nie do pokonania. Przy brzegu stoi inny żeglarz, który informuje nas, że nie ma możliwości przepłynięcia brodu. Od 3 dni stoi w miejscu. Zrezygnowani przybijamy do brzegu i jemy kolację. Zastanawiamy się czy przypadkiem nie zawracać: nad Zegrzem wrzucimy łódkę na przyczepę i zawieziemy ją bardziej tradycyjnym sposobem...

Ranek wita nas pięknym słoneczkiem i nowymi chęciami. Podejmujemy wyzwanie i ruszamy w górę. We dwójkę wyskakujemy na zewnątrz i szukamy głębszej wody. Znajdujemy wodę o głębokości “prawiekolanowej” i przeciągamy jacht ręcznie. Małe piwko. Czeka nas dzisiaj jeszcze dwukrotnie taka przygoda. Ale przynajmniej nie jest nudno. Biwakujemy przy skarpie.
Wstajemy koło 9, jemy śniadanie, potem klar na łodzi i płyniemy dalej. Dzisiaj jest spokojnie, tzn. głęboko. Czasem jest płycej, ale przepływamy bez problemu. Stajemy na chwilę w Ostrołęce. Kupujemy trochę warzyw, krótki spacer po mieście i juz nas nie ma. Kolacja czeka nas iście królewska: schabowy z ziemniaczkami i surówką to nie częste danie w warunkach jachtowych, ale w takim kambuzie nie sprawia to najmniejszego kłopotu. Biwak wieczorny w ujściu urokliwego dopływu do Narwii sprzyja wieczornym spacerom. Czwartego dnia naszej przygody świeci słońce.

Dzisiaj dzień zapowiada się ciekawie. Z szerokiej i leniwej Narwii wpływamy na krętą i bystrą Pisę. Po drodze zatrzymujemy się w skansenie, znajdującym sie tuż przy wejściu na Pisę. Krótka przekąska, czyli chleb ze smalcem, żeglarze uzupełniają zapasy wody i wpływamy na Pisę. W planie mamy rozdzielenie się i płynięcie osobno. Rzeka staje się kręta i mamy obawy co do holowania drugiej jednostki. Niepotrzebnie. Po kilku kilometrach staje się oczywiste, że dalej będziemy płynąć w tandemie. Moc naszego silnika i bardzo dobra sterowność sprawiają, że już do końca będziemy mieć “ogon”. Pisa jest bardzo kręta; czasami mamy wrażenie, że w ogóle nie posuwamy się do przodu. Meandry, meandry i jeszcze raz meandry wśród pól, czasem rozdzielone kilkumetrowym wałem ziemi. I na dodatek odległości wynikające z mapy w ogóle nie zgadzają nam się z GPSem. Wieczorem przybijamy do brzegu. Biwak wypadł nam praktycznie na polu. W pobliżu nie ma ani jednego drzewa.

Rankiem witają nas krowy. Całe stado. Dziewczyny nie chcą schodzić na ląd. Zjadamy i odpływamy. Krajobrazy zaczynają nabierać uroku. Powoli wpływamy w obręb Puszczy Piskiej. Coraz ładniej. Posiłki dzisiaj zajadamy sobie w trakcie płynięcia, tak więc cały dzień nie przybijamy do brzegu. Zatrzymujemy się dopiero 2 kilometry przed Piszem (podobno 2km, na mapie mamy 0,5 km, z GPSa wynika, że 5, ale zdajemy się na opinię mijanego wędkarza). Rozpadało się na dobre. Załoga obok walczy z takielunkiem: taklują łódkę, żeby jutro nie tracić czasu. Niebo trochę się przeciera i przed zmierzchem są już gotowi. Wieczorem robimy wspólną biesiadę w messie. Jest trochę ciasno: 10 osób przy stole to sporo.

Poranek jest trudny, wczorajsza biesiada dała nam się trochę we znaki. Ale o 9.00 już jesteśmy w trasie. Powoli dopływamy do Pisza. Mijamy fabrykę sklejki. Zatrzymujemy się za mostem, w Parku. Nasze jachty budzą spore zainteresowanie. Załoga obok zmienia ster z rzecznego na standardowy. Robimy szybkie zakupy, i opuszczamy Pisz. Zbliżamy sie powoli do śluzy Karwik: bramy do Wielkich Jezior Mazurskich.